Uśmiech hejtera – cz.2

Każdy z nas jest hejterem. Każdy bez wyjątku. Hejtowanie może przybierać przeróżne formy, ja najchętniej dzielę je na pasywne i aktywne.

Ale chujowy kapelusz!

Matko, czy on się widział w lustrze?

Dlaczego ten idiota dostał prawko?

Pieprzona celebrytka!

Z taką figurą to powinni zamykać w zoo w klatce ze słoniami. 

Nigdy nikomu nie zaufam – ten dupek znowu mnie wystawił, faceci są do dupy.

 

adult beautiful beauty close up
Photo by Pixabay on Pexels.com

 

Dobra, mogłabym tak w nieskończoność, bo chętnie przyznam się do bycia hejterką. Oceniam ludzi. Staram się jak najrzadziej, ale jako człowiek mam tendencję do oceny ludzkiego wyglądu, zachowania czy wypowiedzi. Cała ta otoczka bycia super pozytywnym jest fajna i godna naśladowania, ale nie boję się przyznać do tego, że shejtowałam coś lub kogoś w tym życiu i na pewno mi się zdarzy. Nie mam problemu z innością, jestem w miarę tolerancyjna, bo zwykle żyję swoim życiem. Najczęściej oceniam ludzi, którzy mi się wbiją do mojego świata w brudnych butach. Takich z podeszwami przesiąkniętymi psią kupą, z których wystaje słoma oraz szydera. Wtedy lubię się zabawić werbalnie, a niestety czytanie wielkich ilości książek, słabość do satyry oraz filozofii nauczyły mnie sarkazmu. To moje drugie imię w kryzysie.

Lubię czasem rzucić niewybredny komentarz. Ocenię sobie w głowie idiotyczną stylówę, ale tak naprawdę nie mam w zwyczaju śmiać się ze stylizacji, nadprogramowych kilogramów czy pryszczy. Każdy z nas miał lub ma nadal epizod czy dłuższy okres zamartwiania się wyglądem zewnętrznym. Taka faza zwykle zaczyna się w okresie dojrzewania i towarzyszy nam dłużej lub krócej, ale sama wiem, że droga do samoakceptacji jest wyboista. Często nawet udaje nam się siebie polubić, następnie pokochać, ale nagle coś sprawia, że stajemy się autohejterami. Znowu nas wkurza za grube udo czy spiczasty nos. Tak jak z udem da się coś zrobić chociażby wsadzając pupę na rower, to nos nadaje się jedynie pod nóż. Ja swój nos polubiłam, usłyszałam na jego temat masę komplementów, ale przez lata uważałam, że jest wybrykiem natury, bo ktoś kiedyś mi dojebał złośliwie.

Wrażliwcy często potrafią shejtować najcelniej, ze względu na to, że słowa to najtańsza broń masowego rażenia. Dostępne na samym czubku języka, od przebudzenia po dobranoc, a czasem w nocy, bo przecież przez sen gadamy same cuda. Bolą, ranią i zostawiają ślad na życie, ale jednak ciągle się nimi posługujemy i wbijamy szpile. Każdy to robi, bez wyjątku. I nie jest to grzech, ale spory błąd i impulsywność, której nie zmyje nawet pistacjowe mydło Dove.

A teraz stań przed lustrem i cofnij tą hejterską myśl, którą kierowałaś lub kierowałeś w cudzą stronę. Wydzieraj się do Linkin Park, zjedz ciastko albo się przebiegnij. Oczyść umysł. Zacznij od nowa.

 

woman in blue and white striped pullover hoodie holding flower
Photo by Chanita Sykes on Pexels.com

Uśmiech hejtera – cz.1

Zjawisko hejtowania jest stare jak świat. Kiedyś nie było nazywane po imieniu, ale określane wachlarzem negatywnych emocji jak np. zawiść, zazdrość, podłość, jad – zwał jak chciał.

Lubię jasne sytuacje. Powiedzieć co myślę i oberwać. Zostać pozostawioną samotnie, bo inni nie umieją zaakceptować szczerości. Mam wyjebane. Uczę się wyjebalizmu od lat, i tak jak u mnie emocje to ważna opcja, tak wyjebanie jest procesem, który zawsze mi towarzyszy.

Ostatnio spotkała mnie bardzo nieprzyjemna, toksyczna sytuacja. Osoba, której zaufałam i wiele razy pomogłam, która zabiegała o znajomość ze mną mocniej niż ja z nią – okazała się klasycznym backstabberem. Wbiła nóż w plecy. Obgadała, obsmarowała, podkoloryzowała moje wypowiedzi i rozmawiała w bardzo wredny sposób z osobami mi bliskimi obrazując moje zjebanie umysłowe. No cóż, ja nie lubię cichych skurwysynów. Uważam, że wyrażanie siebie jest niesamowicie ważne. Powiedziałam jej co o niej myślę i zagrałam w jej grę. Sił starczyło mi na kilka dni. Odcięcie nie było łatwe, bo bez przerwy brała na litość. Do końca kontaktu obsmarowywała mnie przed moim partnerem, na którego ostrzyła pazurki. Nie na niego jedynego, oczywiście pozostając w pozornie nieszczęśliwym związku.

Moja najlepsza przyjaciółka zapytała mnie: Karola, jak to jest możliwe, że ktoś prowadzi gierki rodem z Gossip Girl? Przecież to był mocno hardcorowy serial pod względem intryg i manipulacji, nie myślałam, że Cię to może spotkać. Odpowiedziałam wtedy, że nie mam pojęcia. Aby manipulować ludźmi na miarę bohaterów wyżej wymienionego serialu należy mieć jakiś konkretny poziom IQ. Ona ma raczej znikomy, aczkolwiek nie odmówię jej potencjału.

Jako wrażliwa osoba nawet przez chwilę jej współczułam. Poradziłam terapię i życie własnym życiem.

 

pexels-photo-944743.jpeg

Silna słabość

Czy zawsze musimy robić dobrą minę do złej gry? Czy za każdym razem jest sens wmawiać sobie, że za rogiem czeka nasz happy end?

Nie. I droga do tej odpowiedzi wcale nie była usłana płatkami róż, a co najwyżej kolcami. Kiedy w naszym świecie ktoś gasi światło, kiedy wszystkie wysiłki rozbijają się o ścianę, kiedy nasze plany nie mogą zostać zrealizowane. I to nie dlatego, że jesteśmy słabi, ale dlatego, że power też ma swój limit.

Czy też kiedyś zrobiłaś tysiąc małych kroczków, zmieniłaś kilka bezproduktywnych nawyków, zaczęłaś działać na pełnych obrotach w pogoni za marzeniami i czułaś, że przeniesiesz góry? Że tym razem nic cię nie zatrzyma. Żadna przeszkoda, żadna kłoda pod nogami rzucona przez los. I idziesz jak burza, walczysz z wiatrakami, łapiesz kilka srok za ogon. Widzisz mini plony swoich poczynań i drążysz temat dalej. Inwestujesz czas, kasę, zamieniasz przyjemności na pracę nad swoimi marzeniami. Czujesz, że żyjesz. Pojawiają się pierwsze dowody na to, że twoja bitwa ja kontra reszta świata nie jest już tylko zapiskiem w planerze. Ona się toczy tu i teraz.

I nagle z nieba realizowanych planów spadasz w dołek, do którego nie dochodzą promienie słoneczne. Widzisz pierwszą odmowę, jakąś negatywną opinię słyszysz tu i tam, ktoś prosi żebyś jednak nie przychodziła na spotkanie. Sprawdzasz stan konta i łapiesz się za głowę. Twoje pomysły już nie są błyskotliwe, te baby steps, które miałaś odwagę poczynić zawstydzają cię, bo widzisz, że jeszcze czeka cię tyle przeszkód i jedyne na co masz ochotę to kocyk, pudełko chusteczek i lody z popcornem lub kawałkami ciastek. Chcesz zniknąć. Przypominasz sobie słowa piosenki: Tak, tak, w tym lustrze to niestety ja i utożsamiasz się z nimi jak nigdy. I co teraz? Pieprzysz to, nie masz ochoty. Zakopujesz się w beznadziei i składasz broń.

Czy myślisz, że to słabość? Czy widzisz się jako zero, czy jednak nieco więcej? Usiądź wygodnie, zamknij oczy i przypomnij sobie te wszystkie mniejsze i większe sukcesy. Lęk przed kolejnym krokiem i radość kiedy udało się przezwyciężyć strach. Pomyśl o tych ludziach, którzy w ciebie wierzą, którzy docenili twój wysiłek i którzy są w cieniu i cię podziwiają. Zanurz się z tyłu swojej głowy i wiedz, że ta siła jest nadal w tobie. I wróci, bo jak nie ty to kto? Ale nie musisz ciągle walczyć ze sobą i resztą świata, czasem ten ciemny dołek też ma sens.

Østerport
ściana tuż obok stacji Østerport w Kopenhadze. Cuda wianki i tylko jeden rower! Równowaga pieszy – rowerzysta zachowana.

 

Wiosna w głowie

To nie tak. Nie spodziewałam się, że przerwa pomiędzy wpisami będzie tak cholernie długa. Czasem jednak gonitwa myśli, życiowe wzloty, a tym bardziej upadki, nie pozwalają na świadome pisanie. Porządek w głowie i sercu to podstawa. Z sercem u mnie wszystko w normie, bije w pięknym rytmie, uniesień ma pod dostatkiem, wiosna żyje w nim na okrągło, to może zajmę się moją postrzeloną głową.

Układanie rozsypanych ubrań to nie lada wyzwanie. Upychanie na półkach, ładowanie na wieszaki, wrzucanie do kosza na pranie… Nie potrafię tego zaakceptować na dłuższą metę. Sprzątanie szuflad, ustawianie książek, układanie kosmetyków, kategoryzacja typów mojej nieskończonej kolekcji biżuterii handmade… Mogłabym ciągle coś poprawiać, ale nie zajmuję się tym często. Zarówno na sprzątanie przestrzeni, w której żyję i mojej głowy potrzebuję dobrego flow. Ostatnio trochę udało mi się stworzyć takiego cudownego klimatu, a trochę przemyciłam tej magii czarując słowami mój planer.

Kiedy siadam wieczorami sam na sam ze sobą, czasem z czekoladową maseczką na twarzy, innym razem z nową książką, wiem, że te minuty są tylko moje. Jak bardzo nie spieprzyłam czegoś tego dnia, jak bardzo kogoś nie wkurzyłam, jak bardzo nie zawiodłam, jak bardzo nie zrobiłam tego, co powinnam była, jak bardzo… Kurczę, wymagam od siebie niesamowicie dużo, bo tak zostałam wychowana, wymagam od innych, ale te wymagania są nieustannie deptane przez to jak wielkimi ignorantami potrafią być ludzie. Kij z tymi przypadkowymi, którzy dziś są, jutro ich nie będzie. Ale co począć z tymi, którzy stoją dla nas wysoko w hierarchii ulubionych osób? Przecież dobrze wiem, że nawet szczera rozmowa często znaczy nic, albo jest odbierana jako atak.

I wiecie co? Przewijam wtedy chwile. Te z dzisiaj, sprzed pięciu lat. Nie zawsze zaklęte w google photos, galerii mojego srajfona, na instagramie, czy fejsie. Najchętniej sięgam po te odłamki ukryte w mojej głowie. Bo one same często gęsto wskakują na swoje miejsce.

Wtedy mogę krzyknąć ile tchu – wiosno, witaj!

 

Mój niezupełnie pierwszy raz

Hej! Mam na imię Karolina i jestem początkującą… Nie, jeszcze raz.

Zdecydowałam się ostatnio ruszyć z kopyta z moim życiem. Ostatnie miesiące dały mi w kość i wiem, że te trudne doświadczenia były mi potrzebne. Nie będę jęczeć, dzisiaj jest czas na akcję i uśmiech. Stagnacja jest za mną!

Nie znam się na blogowaniu. Ale lubię pisać. Jestem szczera do bólu i nie mam zamiaru owijać w bawełnę.

Jeśli masz ochotę patrzeć na moje zmagania z rzeczywistością, zapraszam. Mieszkam w jednym z krajów skandynawskich. Podobno tym najszczęśliwszym na naszej planecie. Ale najlepiej czuję się w Polsce. Mimo luzu, tolerancji, dostępu do ścieżek rowerowych na każdej ulicy, i innych cudów. Pracuję nad tym, żeby sprawdzić, czy w kraju pełnym hygge można czuć się jak w domu.

 

IMG_1363.jpg